Zaczęło się głupio. Wpłaciłem sto złotych, bo tyle miałem na koncie do piątku. Postawiłem na jakąś grę, nie pamiętam nawet jaką, i przegrałem w cztery minuty. No, myślałem, klasyka. Kolejne sto. Znowu nic. Złość mnie wzięła, taka głupia, bezradna złość — nie na kasyno, na siebie, że znowu coś robię bez sensu. Ale wtedy, przy trzeciej wpłacie, coś zaskoczyło. Mała wygrana. Potem większa. Nie jakieś miliony, spokojnie, ale nagle na koncie zrobiło się więcej niż na początku. I wtedy poczułem to — to dziwne, ciepłe uczucie, że jednak coś się układa. Że nie wszystko jest porażką.
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak reklama. Bo nie o wygrane tu chodzi. Chodzi o to, co się działo w mojej głowie. Przez te wszystkie tygodnie siedziałem w domu i rozmyślałem o rzeczach, na które nie miałem wpływu — o pracy, która mnie wypaliła, o związku, który się rozpadł, o ojcu, z którym nie rozmawiam od dwóch lat. A tu nagle, na tym małym ekranie, był świat, w którym zasady były jasne. Klikasz, widzisz wynik. Wygrywasz albo nie. Żadnych niedomówień, żadnych trudnych rozmów, żadnego „musimy porozmawiać". Tylko ty i liczba. Proste jak drut.
I właśnie w tym tkwił problem, którego wtedy nie widziałem. Bo prawda jest taka, że traktowałem to jako ucieczkę. Nie oszukujmy się — vavada aplikacja stała się moim schronieniem przed rzeczywistością, której nie chciałem dotykać. Kiedy czułem, że narasta we mnie ten ucisk w klatce, ten niepokój bez nazwy, otwierałem telefon. Kiedy dzwonił ojciec i nie odbierałem, po pięciu minutach byłem już w grze. Kiedy myślałem o byłej i robiło mi się głupio, że tak to wszystko wyszło — znowu ekran. To nie było już nawet o wygrywaniu. To było o tym, żeby nie myśleć.
A jednak coś się zmieniło. I to jest ta część, której się nie spodziewałem. Bo któregoś wieczoru, po serii małych wpłat i jeszcze mniejszych wygranych, po prostu zamknąłem aplikację. Nie dlatego, że przegrałem za dużo — bo akurat tego dnia byłem na plusie. Zamknąłem ją, bo zdałem sobie sprawę, że od godziny nie myślę o niczym innym niż o tym, co się stanie za chwilę. I że to uczucie jest dziwnie znajome. Jak wtedy, gdy po raz pierwszy od miesięcy poczułem, że coś mnie interesuje. Tylko że to „coś" było tylko grą.
Zacząłem więc grać inaczej. Brzmi absurdalnie, wiem. Ale postanowiłem, że nie będę już grał, żeby uciekać. Zacząłem grać, żeby... no właśnie, żeby co? Żeby się bawić. Brzmi banalnie, ale dla mnie to była rewolucja. Ustawiłem sobie limit — sto złotych na tydzień, ani grosza więcej. I wiecie co? To działa. Bo kiedy wiem, że nie mogę przekroczyć tej granicy, przestaję traktować grę jak lekarstwo. Traktuję ją jak rozrywkę. Jak pójście do kina albo na mecz. Siadam, gram pół godziny, czasem wygram, częściej nie, zamykam i idę robić kolację. I nagle okazuje się, że ten wieczór nie jest stracony, bo przecież nie próbowałem nim uciec od siebie.
Śmieszne, ale to właśnie ta gra, której używałem jako schronienia, pokazała mi, że schronienie jest gdzie indziej. Że prawdziwą ucieczką jest to, co robię potem — kiedy odkładam telefon i idę zaparzyć herbatę. Kiedy dzwonię do ojca, choć serce mi wali. Kiedy wychodzę na ten parking i patrzę w okno swojego mieszkania z dołu, jakby to było czyjeś inne życie. I wiecie, co wam powiem? To dziwne uczucie, ale kiedy przestałem traktować grę jako ucieczkę od rzeczywistości, rzeczywistość przestała mnie tak przerażać. Może to nie zasługa kasyna. Może po prostu w końcu dojrzałem do tego, żeby przestać się chować. Ale fakt, że stało się to przy okazji gry, w której wygrałem może trzysta złotych przez cały miesiąc, jest jakoś... zabawny. I chyba o to chodzi. Żeby śmiać się z siebie, a nie przed sobą uciekać.
